Nietrafione pocieszenia

W obliczu takiej tragedii jaką jest utrata dziecka, poronienie czy urodzenie dziecka martwego otoczenie nie wie jak się zachować. Całkowicie to rozumiem. Sama bym nie wiedziała. Wydarzenie tak traumatyczne, jest wydarzeniem intymnym, wydarzeniem tabu. Osoby, które chciałyby jakoś pomóc po prostu nie wiedzą jak. Czasem jeśli miałoby się powiedzieć coś niestosownego, lepiej nic nie mówić. Dlatego zachęcam do zapoznania się z poniższą listą zwrotów, która niektórym wydaje się stosowna, a niestety nie jest. Czasem wręcz rani. Poniższe zwroty zaczerpnięte są ze strony www.poronienie.pl i dotyczą głównie kobiet, które przeżyły stratę dziecka w wyniku poronienia. Osobiście i tak się z nimi utożsamiam, przypuszczam, że kobieta która straciła dziecko w wieku np. szkolnym również odnajdzie w nich siebie.

„Na tym etapie ciąży to jeszcze nie dziecko

Od kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście poczułam się wyróżniona, szczęśliwa i pełna zupełnie nowych uczuć do naszego dziecka rozpoczynającego swą podróż do nas. „A więc jestem mamą” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy. Od razu zaczęłam odwiedzać strony w internecie poświęcone ciąży, czytać pisma i książki dla przyszłych mam. Patrzyłam na zdjęcia pokazujące jak rozwija się maluszek. Na początku wielkości ziarenka maku, potem pestki od jabłka, wielkości śliwki, wreszcie nasza kijanka coraz bardziej z wyglądu przypomina człowieka. Co rano głaszczę brzuszek, w którym rośnie moje maleńkie szczęście. Moje dziecko, które już zdążyłam pokochać, wyobrazić sobie nasze pierwsze spotkanie, jego pierwszy uśmiech, pierwszy krok i pierwszy ząbek. Już zdążyłam policzyć kiedy się urodzi, zaplanować gdzie pojedziemy na wakacje i jakie książki będę mu czytać…

Macierzyństwo to w dużej mierze marzenia o przyszłości. Odwołane poronieniem. Dlatego gdy słyszę, że „to jeszcze nie było dziecko” czuję jakby mi odbierano prawo do żałoby po najbliższej osobie. Nieważne, że widziałam ją tylko na teście, albo na jednym USG. Rozumiem, że dla lekarzy posługujących się w pracy medyczną terminologią to był zarodek, płód – ale dla mnie – nawet jeśli miało wielkość kilku mm, to było moje ukochane dziecko. I chciałabym, by tak właśnie do mnie o nim mówiono.

To był tylko 5 (7, 10) tydzień ciąży

Ludziom często wydaje się, że kobieta tracąca dziecko na tak wczesnym etapie ciąży nie zdążyła się jeszcze do niego „przyzwyczaić”. Tymczasem nawet jeśli nie planowała ona zajścia w ciążę, gdy dowiaduje się o swym odmiennym stanie, w jej głowie zaczyna się prawdziwa rewolucja. Skoro nie kwestionuje się istnienia miłości od pierwszego wejrzenia, warto zrozumieć, że dla kobiety w tej właśnie chwili – gdy uzmysławia sobie, że będzie mamą – zaczyna się jej miłość do dziecka. Ile czasu trzeba by „przyzwyczaić” się do tego, że się kogoś kocha? Czy wystarczą trzy dni? Tydzień? Miesiąc? Czy uczucia w ogóle można mierzyć ilością przeżytych tygodni? Przecież nie da się ich racjonalizować logiką. Dlatego gdy nagle okazuje się, że dziecko odeszło, kobieta przeżywa tragedię, czuje rozpacz. Zwykle już pokochała to maleństwo i nie ma dla niej znaczenia, że o jego istnieniu wiedziała tylko tydzień czy miesiąc.

Jeszcze będziesz mieć inne dzieci

Zwykle potrzebujemy wiary, że poronienie nie przekreśla naszych szans na macierzyństwo. Ja chciałam to usłyszeć od lekarza w szpitalu, inna mama mówiła, że te słowa wypowiedziane przez księdza dały jej wiarę i nadzieję. Bardzo wiele zależy jednak od sytuacji w jakiej się je wypowiada oraz od tego jak się je mówi. Czy lekarz przekazuje to jako diagnozę dotyczącą przyszłego rodzicielstwa, czy też rzuca je jako zdawkowe pocieszenie, by jakoś tą trudną sytuację zażegnać.

Jeszcze inaczej te słowa są odbierane, gdy mówią je bliscy. Bardzo często, na samym początku żałoby po stracie dziecka jest to jeden z bardziej dołujących tekstów, zwłaszcza gdy w podtekście oznaczają one „było, minęło, nieważne, jeszcze będzie wiele innych dzieci, nie ma co się przejmować”. Bo mówiący go nie zadał sobie nawet odrobiny trudu, by wyobrazić sobie co czuje kobieta po poronieniu. Jej dziecko to nie była zepsuta zabawka, którą wyrzuca się na śmietnik i szybko kupuje nową. Czy młodej wdowie ktokolwiek po pogrzebie powiedziałby: „Jeszcze wyjdziesz za mąż”? Nie sądzę. Dlaczego więc osieroconą mamę usiłuje się od razu pocieszać dziećmi z przyszłości? W tym momencie potrzebuje ona opłakać to, które odeszło. W skrajnym przypadku dziewczyna opowiadała mi, jak tydzień po stracie odwiedziła ją koleżanka, która miesiąc wcześniej została mamą. Na „pocieszenie” przyniosła album ze zdjęciami swojego maluszka i na wstępie powiedziała: „”Tak się zdarza, jeszcze będziesz mieć dzieci”. Okrucieństwo, czy tylko głupota? Rozumiem intencje mówiącego. Chce jakoś przekazać, że jeszcze dzięki dzieciom nasz świat odzyska barwy i sens, ale na te słowa zaraz po poronieniu jest zwykle po prostu za wcześnie.

Nic się nie stało, to się zdarza codziennie, nie ty pierwsza i nie ostatnia

Naprawdę sądzisz, że moje dziecko to było dla mnie „nic”? Że poronienie to jak wypadnięcie zęba – rzecz przykra, może nawet czasem bolesna, ale w sumie bez znaczenia? A może myślisz, że poronienie to taki spóźniony okres, tylko trochę bardziej obfity, więc o co tyle krzyku i łez?

Otóż stało się. Straciłam dziecko. Jest mi z tego powodu potwornie ciężko i źle. Nie pociesza mnie fakt, że co roku tysiące kobiet przeżywają to samo. Może dzięki temu nie mam stygmatu winy, nie czuję się tak nieznośnie samotna w swoich odczuciach, ale prawdę mówiąc nie obchodzi mnie to, że nie ja jedna się z tym zmagam. Bo to moje życie, moje cierpienie i moje łzy. I choć wiem, że są większe tragedie, to moje poronienie jest w tym momencie dla mnie końcem świata. I potrzebuję czasu, by go znowu odbudować.

Postaraj się zapomnieć, idź do fryzjera – to ci pomoże

Nasze marzenia rozpadły się w gruzy. Mieliśmy być rodzicami, ale ktoś anulował nasze plany. Miałam wybierać śpioszki i wózki, a tymczasem widok kobiet w ciąży przyprawia mnie o łzy.

Od lat psychologowie i terapeuci mówią, że spychanie negatywnych emocji do podświadomości i ukrywanie ich przed światem i sobą nie przynosi nikomu korzyści. A przecież z poronieniem wiąże się wiele takich uczuć: rozpacz, żal, gniew, bunt, zazdrość, nienawiść, apatia, zniechęcenie, zagubienie, depresja. Oczywiście mogę zrobić sobie trwałą, nałożyć mocniejszy makijaż i naciągnąć uśmiech, ale w ten sposób nałożę na twarz maskę. A im bardziej będę usiłowała wmówić innym i sobie, że już jestem szczęśliwa, tym bardziej będzie mnie ta maska uwierać. W końcu eksploduję w najmniej spodziewanym momencie, bo nie da się uciec od siebie i swoich uczuć.

Fryzjer, nowa sukienka, wyjazd na wakacje, to tylko chwilowe „zagłuszanie” tego co czuję. Tragedii nie wolno zapominać na żądanie otoczenia. Trzeba ją przeżyć do końca, po to by z czasem móc się po niej podnieść i zacząć kolejny rozdział w swoim życiu. Bo po czasie żałoby w sposób naturalny nadchodzi czas przygotowań do spotkania z następnym dzieckiem, jednak by móc w pełni się nim cieszyć, potrzebuję opłakać to, które odeszło.

Czas leczy rany, przebolałaś już?

Dlaczego ci, którzy potrafią urządzić histerię gdy padnie ich ukochany kanarek, tak kompletnie nie potrafią wczuć się w sytuację cierpienia innej osoby? Otoczenie często wręcz oczekuje, że ci których dotknęło nieszczęście szybko się podniosą i ruszą dalej z pieśnią na ustach w biegu przez życie. Szybko zracjonalizujemy i wytłumaczymy sobie cierpienie i przejdziemy nad nim do porządku dziennego. Może takie podejście wynika z niepewności i zakłopotania wobec „mamy po przejściach”, czy jednak naprawdę wszystko można tym tłumaczyć?

Bezpośrednio po poronieniu bardzo źle reagowałam na pytanie „Jak się czujesz?” w sytuacji gdy widziałam, że pytający oczekuje ode mnie odpowiedzi, że jest już świetnie. Po co pyta, jak chce usłyszeć określoną odpowiedź? Lepiej wtedy nie pytać wcale. No bo jak mogę się czuć kilka dni czy tygodni po stracie dziecka?

Ale wiem też, że często to pytanie zadawano też z życzliwości, w trosce o mnie, wtedy nie denerwowało mnie i zwykle odpowiadałam że fizycznie jest OK, ale głowa potrzebuje więcej czasu. Prawdą jest też, że upływ czasu pomaga złagodzić ból, ale poronienie to nie jest coś, co można tak po prostu przeboleć, jak zgubienie ulubionego pierścionka. Dla wielu kobiet jest to przeżycie, którego nie są w stanie zapomnieć i do końca życia noszą w sercu ranę z powodu utraty swego dziecka.

Trzeba się cieszyć, urodziłaby pani dziecko z wadami
Męczyłabyś się z chorym dzieckiem, lepiej że umarło

Niekiedy otoczenie stara się bagatelizować stratę, znajdować w niej jakieś pozytywne elementy, ale zwykle efekt takich pocieszeń jest zupełnie odwrotny. Bo czym tu się cieszyć? Tak naprawdę nie wiadomo, czy przyczyną poronienia były wady dziecka, czy może jakaś infekcja w organizmie kobiety, czy też może niedobór hormonów. A może nadmierny stres, czy nieodpowiednia praca fizyczna. Więc nie ma żadnej pewności, że dziecko na pewno było chore i dlatego odeszło. Tym bardziej, że w przypadku późnych poronień często można stwierdzić, że dziecko było jednak zdrowe…

Choć mówiącym takie pocieszenie wydaję się, że pomoże ono kobiecie zracjonalizować jej tragedię – logika przegrywa w konfrontacji z uczuciami. Kobieta po prostu często chce tylko, by jej dziecko żyło. Nawet jeśli miałoby być chore czy niepełnosprawne. Bo to było jej dziecko. Dlatego nie mów o nim jak o towarze z supermarketu, który jeśli był wadliwy należy wymienić na sprawny. Bo takie słowa potrafią bardzo długo boleć…

Bóg tak chciał

Zwykle gdy nie radzimy sobie z otaczającym światem, wzywamy na pomoc Boga. Jego plany wobec nas mają wyjaśnić i usprawiedliwić to co się zdarzyło. Jednak gdy słyszę, jak ktoś mówi: „Cierpienie to łaska. Zostałaś wybrana”, lub „Bóg doświadcza tych, których kocha”, mam ochotę od razu odpowiedzieć, że ja bardzo dziękuję, ale wolałabym, by kochał mnie nieco mniej. I by pozwolił żyć mojemu dziecku. Nie czuję się w żaden sposób wybrana, może są ludzie, którym takie słowa pomagają, ale muszą mieć w sobie ogromną wiarę. Mi jej z pewnością brak.

Innym często spotykanym, a bardzo dobijającym mnie tekstem jest: „Dostajemy tyle cierpienia (piasku) ile zdołamy unieść”. W intencji mówiącego oznacza to: Bóg/Los jest sprawiedliwy i nie daje nam więcej, niż jesteśmy w stanie podołać. Jeśli ktoś sam siebie w ten sposób pociesza po stracie – w porządku. Ale gdy ktoś zwraca się z takim tekstem do mnie, budzi się we mnie złość. Bo czy ci, którzy zapełniają szpitale psychiatryczne, bezdomni, samobójcy – dostali też tyle ile byli w stanie znieść, tylko jednak nie znieśli? Czy jesteśmy wielbłądami w marszu przez życie, którym można dorzucać i dorzucać cierpienia, a jeśli padniemy to się nam trochę odejmie? Co ciekawe, takich frazesów nie usłyszałam od kogoś kto przeżył stratę bliskiej osoby, za to mam wrażenie, że łatwo szafują nimi ci, dla których jedynym nieszczęściem jakie w życiu przeżyli był nieudany sylwester.

Moja przyjaciółka tak to opisała:
Generalnie mam wrażenie, że ludzie wobec rodziców po stracie mają bardzo silną potrzebę powiedzenia czegoś mądrego, czegoś co by wyjaśniło, uzasadniło jakoś tragedię. Tyle, że dla nich to jest oglądana tragedia, my zaś jesteśmy w jej środku, co bardzo zmienia perspektywę. Dla nas rodziców nie ma takiego sensu, nam nic nie zrekompensuje tej straty, nawet jeśli ze śmierci mojej córki miałoby by wyniknąć coś dobrego, nic nie jest tego warte! Ja nie chcę słuchać o piasku, o wyższym sensie, o umiłowaniu Boga, które objawia się zsyłaniem na mnie cierpienia itd. Ja chcę tylko usłyszeć „przykro mi”. I tyle razy wyśmiewane: „Chcesz o tym porozmawiać?” Jak z demokracją, nic lepszego nie wymyślono.

Jest też w sieci często cytowana przypowieść o aniołkach: Kiedy małe dzieci umierają to idą do nieba. Tam wszystkie zapalają świeczki i ruszają na spotkanie z Bogiem. Tylko jeden mały chłopiec siedział ze zgaszoną świeczką, bardzo smutny, więc Bóg się go pyta „Dlaczego jesteś smutny i siedzisz tak sam zamiast się radować z innymi dziećmi?” a chłopiec na to” Bo ile razy zapalę świeczkę to łzy mojej mamy gaszą ogień”. To piękna opowieść, tyle że cytowanie jej na samym początku, gdy kobieta dopiero co straci dziecko, jest błędem. Bo odbiera jej prawo do żałoby, do płaczu. A ten płacz jest konieczny po to, żeby za jakiś czas móc się podnieść. Bez przeżycia żałoby do końca, istnieje duże ryzyko że uda się to tylko połowicznie. Sens tej historyjki jest taki, że każda żałoba musi mieć swój kres, że trzeba zmarłemu dziecku pozwolić odejść od siebie. Ale na to pozwolenie też potrzeba czasu.

Musisz być silna, co nas nie zabije, to nas wzmocni

Tak sobie czasem mówimy w chwilach próby. Jeśli jest to nasze odczucie, to w porządku, ale jest bardzo nie w porządku mówić takie słowa osobie, która właśnie przeżywa tragedię. Bo nie wiemy, czy te dramatyczne przeżycia ją wzmocnią. Czy nie wyjdzie z nich z bliznami na duszy, bolącymi przy najlżejszym dotknięciu. Nieszczęścia nie zawsze czynią silniejszym, czasem jest wręcz odwrotnie. Czasem też, zwłaszcza świeżo po poronieniu, kobieta potrzebuje czasu by jeszcze nie brać się w garść, lecz by przytulić tą małą, zrozpaczoną dziewczynkę w sobie. By pozwolić sobie na łzy i słabość.

Przynajmniej wiemy, że pani zachodzi w ciążę

Czyż moje poronienie ma być testem płodności?! Musiałam stracić dziecko, by się dowiedzieć, że mogę mieć dzieci? A co czeka mnie dalej? Czy przy następnym poronieniu dowiem się, że to było tylko „niepowodzenie ciążowe”? Być może są sytuacje, gdy takie słowa mogą kobiecie pomóc, jeśli jednak są rzucane jako zdawkowe pocieszenie, sprawiają tylko dodatkowy ból.

Wiem, co czujesz

Nie wiesz. Możesz wyobrażać sobie, myśleć że wiesz jak to jest – ale wierz mi – to co przeżywam jest nieprzekazywalnym doświadczeniem. Tylko osoba po stracie może wiedzieć co czuję, choć tak naprawdę warto uświadomić sobie, że sytuacje straty są bardzo różne. Ja sama nie potrafię sobie wyobrazić co czuje kobieta roniąca ciążę, o którą starała się przez kilka lat, a co czuje kobieta rodząca w 18 tc wiedząc, że jej dziecko umrze natychmiast po porodzie. Dlatego zwłaszcza jeśli nie przeżyłeś w swoim życiu żadnych doświadczeń straty, nie jesteś sobie w stanie wyobrazić moich uczuć.”

źródło: www.poronienie.pl

Po mojej stracie słyszałam wiele takich zwrotów. Najbardziej bolało, gdy ludzie mówili: jesteś młoda, będziesz miała jeszcze dzidziusia… Jak Boga kocham, miałam ochotę wtedy przyłożyć. Bo nie o to chodzi. Przecież, żadne kolejne dziecko nie zastąpi mi Kacpra. To jest po prostu nie możliwe. Urodziłam niedawno śliczne, zdrowe bobo i co? I tak, jestem szczęśliwa, tak Nikodem jest całym moim światem. I tak, gdyby to co się wydarzyło nie wydarzyłoby się prawdopodobnie nie byłoby Nikosia, ale… Nikodem to nie Kacper. Często w minione święta myślałam, że chciałabym by pod choinką bawiło się dwóch chłopczyków, a nie jeden…

Drażniącym pocieszeniem było także: wiem, co czujesz (np. niedawno straciłem/am babcię). W mojej głowie odzywał się wtedy krzyk: litości! Nie można. Po prostu nie można porównać straty dziecka do straty babci, cioci, mamy, psa czy chomika. Ponieważ, gdy umiera dziecko, umiera przyszłość, umierają plany i nadzieje. Ze stratą mamy, babci, jesteśmy w pewnym sensie pogodzeni, ponieważ wiemy, że przyjdzie moment, że coś takiego się wydarzy. Starta dziecka spada na nas nagle, niespodziewanie, to strata z którą człowiek nie jest wstanie się pogodzić.

Jeśli ktoś chciałby pocieszyć mamę po stracie, niech po prostu z nią pobędzie. Niech potrzyma za rękę, pokaże że jest, jeśli chce coś mówić, niech po prostu powie: „przykro mi, że Cię to spotkało”; „przykro mi, że straciłaś dziecko”; „nawet nie próbuję sobie wyobrażać, przez co przechodzisz”; „życzę Ci dużo siły teraz”, „życzę Ci spokoju w sercu”… Szczerze mówiąc takich zwrotów słyszałam bardzo malutko. Wszyscy wokół starali się bym zapomniała, a ja chciałam to przeżyć, chciałam opłakać mojego syna. Miałam do tego prawo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *