Kiedy tracisz dziecko…

Jest taki tekst na forum poronienie.pl „kiedy tracisz dziecko…” Już go kiedyś tutaj zamieszczałam. Dziś pragnę się odnieść do jego części. Dlaczego? Bo tak, bo po prostu znów mam trudny moment w życiu, moment kiedy wszystko wraca. Notka prawdopodobnie będzie długa, rozmawiam dziś sama ze sobą.

„Czujesz się wstrząśnięta. W sklepie spożywczym. Na przyjęciu urodzinowym. Przy stole. Na Boże Narodzenie. Gdy prowadzisz.” Tak się właśnie czuję od 01.11.2015r. Czyli od 13 dni. Średnio dwa razy na dzień. Nie wiem dlaczego. Nie chcę tego czuć, ale czuję. Bombardują mnie wspomnienia. Jak 2 dni temu. Usiadłam na łóżku w sypialni, chciałam poskładać pranie. Spojrzałam w bok na szafkę nocną i BAM! Grudzień 2012: Jesteśmy 5 miesięcy po ślubie i kupujemy w sklepie dwie pary malutkich włochatych bucików. Jedne niebieskie, drugie różowe. Na prezent świąteczny dla rodziców – przyszłych dziadków, dobra nowina. Widzę siebie jak kucam przy tej szafce i fotografują te buciki z każdej możliwej perspektywy płacząc ze szczęścia. Widzę siebie szczęśliwą, dumną, niecierpliwą…, taką nawiną i tak niezwykle nieświadomą bólu, który będę musiała przeżyć za kilka miesięcy.

Albo dziś. Zabraliśmy Tuptusia po raz pierwszy do sali zabaw. Było tam wiele dzieci. Nagle, któraś mama powiedziała do męża: „zabierz Kacperka”. BAM! Znów to samo. Paraliż w środku, skurcz żołądka, łzy w oczach i suchość w gardle… Styczeń, albo luty 2013: Leżymy w łóżku, wybieramy imię. Dominik? Mikołaj? Nie, nie. Kacper – mówię. Mały Kapi. Okruszek Kapi. Jak ten postrzelony koleś z serialu, który wtedy nałogowo oglądałam. Postrzelony, ale z dobrym sercem, wiecznie uśmiechnięty i rozweselający innych. Co za ironia.

Być może niepotrzebnie to wszystko roztrząsam. Zdaję sobie sprawę z tego, że sama sobie zadaję ból. Nie wiem jak mam przestać. Chciałabym. Był teraz bardzo długi okres czasu, że dobrze się trzymałam. Naprawdę. Wróciłam do pracy, do tego samego biurka, przy którym siedziałam i myślałam: damy radę mały, będę pracującą kobietą w ciąży. Księgowałam kolejne faktury i głaskałam tą maleńką kropkę w moim brzuchu. Usiadłam za tym biurkiem i nawet nie było źle. Wspomnienia mnie nie zabiły. Wzrok szefa nie jest litościwy, współpracownicy którzy zostali nie roztrząsają sprawy, nie zadają pytań. Pomyślałam nawet , że chyba się stęskniłam za swoją pracą i tym biurem.

Nie wiem. Być może to taki okres przejściowy. Coś nawracającego. Nawracająca żałoba. Mogłabym teraz prychnąć sarkastycznie, ale nie zrobię tego. Chyba to przez to, że przestałam płakać. Za długo się hamowałam, wiem że nie powinnam powstrzymywać łez, ale ileż można. Nawet ja jestem tym zmęczona. Przeżywaniem tego. Jak to brzmi. Sama siebie szufladkuję, bo ile ma matka opłakiwać zmarłe dziecko? Ile wypada? A ile nie? W kwietniu miną 3 lata. 3 długie lata. Czy już wystarczy? Głowa swoje, serce swoje. Jak krzyknąć do serca: poskładaj się na nowo, sklej i skończ się rozpadać!!! Przestań już się mazać i spróbuj cieszyć dniem dzisiejszym! Jak mam to zrobić?

Problem w tym przychodzą takie momenty. Ten czas, dzisiejszy, to co się teraz dzieje w moim życiu, a dzieje się dużo… To wszystko sprawia, że myślę: Kropka, to jest czas dla Ciebie. Bierz z niego ile możesz, ile umiesz, nie leń się, korzystaj, bo to co się teraz dzieje, jeśli dobrze to rozegram to za kilka lat będę czuła się spełniona. Chyba, że znów spotka mnie coś tragicznego. Nie, tak nie chcę myśleć. Więc chodzi o to, że te wszystkie rzeczy powodują, że jestem dziś szczęśliwa. I tu pojawia się kolejny problem. Bo odkąd zmarł Kacper… nie wierzyłam, że taki czas nadejdzie. Oczywiście narodziny Tuptusia także wszystko zmieniły, jego pojawienie się w naszym życiu to było coś niesamowitego, coś nierealnego, coś epickiego i naturalnie szczęśliwego. To był moment. Moment szczęścia. I od śmierci Okruszka było mnóstwo takich momentów. Widzę, że nadużywam słowa „moment” bo do tego słowa, tej myśli wszystko się sprowadza. M.o.m.e.n.t.

Nie sądziłam, nie wierzyłam, że te momenty zamienią się w czas ciągły. A tak się stało. Teraz jest czas, kiedy jestem szczęśliwa. Mam pracę, którą lubię (szefa niekoniecznie, choć są dni, że i jego lubię), mam świetnego męża, który wkurza mnie tak, jak powinien wkurzać mąż, mam cudownego synka, który doprowadza mnie do szału, tak jak powinno doprowadzać do białej gorączki matkę dziecko. Mam dach nad głową i mam co włożyć do garnka. Mam przyjaciółki. Dwie. I kilkoro dobrych znajomych. Mam też irytującą matkę, siostrę i babcię. Niemniej jednak dałabym się za nie pokroić. Dokładnie tak. Mam ich wszystkich i swoją pracę i to mi do szczęścia wystarcza. Wystarcza by jadąc niewyspana w autobusie o 7:34 się uśmiechnąć.

Tutaj pojawia się zgrzyt. Zgrzyt, który nazywam: wyrzuty sumienia. Jak mogę być szczęśliwa, jak mogę się śmiać, skoro moje dziecko, moje pierwsze wyczekiwane, kochane dziecko, mój syn, leży pod ziemią? Martwy. Przez agenezję jednej nerki i hipoplazję drugiej. I jeszcze parę innych wad „letalnych”.

Widzisz? W autobusie jedzie młoda kobieta. Uśmiecha się sama do siebie. Co myślisz? Pewnie miała dobry poranek. Albo facet napisał jej miły sms. A może wygrała w zdrapce? Mąż ją uszczęśliwił w nocy? Może dostała awans? Albo po prostu jej dziecko w końcu przespało całą noc, podczas gdy Twoje nadal się budzi? Nie ważne. Uśmiecha się, jest szczęśliwa. Tylko jej głupie serce w tym właśnie momencie, w tej sekundzie jej uśmiechu – pęka. Znów. I znów. I znów. Żołądek jej się skurczył, a w gardle stanęła ogromna gula. Już się nie uśmiecha. A te łzy w oczach to nie są łzy szczęścia.

I tak ze skrajności w skrajność. Dobranoc.

Pozdrawiam,
mama (bez Tuptusia, on jest po tej dobrej stronie szczęścia)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *