Szalona gonitwa z czasem.

Nie piszę tu ostatnio, choć tyle wpisów chciałam zamieścić. Dziś mam w planach aż dwa ale nie wiem czy dam radę. Nie wiem, czy za moment Nikoś się nie obudzi, a wtedy znów zamknę laptopa i w końcu pójdę spać. Do rzeczy.

Jak pisałam wcześniej – od 10 sierpnia wróciłam do pracy. Na moje stare stanowisko. Obawiałam się tego powrotu strasznie. Nie, nawet nie chodziło o to, czy mnie będą potrzebować jeszcze. Bałam się, że jak tylko przestąpię prób firmy wrócą wspomnienia o Okruszku. Bałam się, że stanę jak wryta, a łzy polecą same. Że nie będę potrafiła się skupić na tym co tu i teraz tylko w kółko będę wracała do chwil, gdy z rosnącym brzuszkiem pokazywałam koleżanką kolejne zdjęcia USG.

Oczywiście wróciło wszystko. Jednak nie z taką siłą jak się obawiałam. Nie było łez, spuszczonego spojrzenia i uciekania w kąt. Po prostu usiadłam za biurko i… zaczęłam pracę. Niektórzy pytali jak to jest wrócić po tak długiej przerwie. Dobre pytanie. Sama je sobie zadawałam. Dziwne, ale odpowiadałam, że… normalnie. Czuję się tak, jakby nie było mnie tydzień. Być może dlatego, że za wiele się w firmie nie zmieniło, a osoba która mnie zastępowała zostawiła wszystko uporządkowane. A może dlatego, że część mnie po prostu wypiera rok 2013 z podświadomości? Serce i umysł bronią się przed kolejnymi ciosami. To chyba naturalne. Ile mogą znieść cierpienia…

Tak czy owak, wróciłam, zaaklimatyzowałam się, poznałam nowych ludzi i… każdy dzień jest po prostu szalony! Wychodzimy o 07:30, wracamy o 17:00, obiad jemy o 18:00 – obiadokolację. Potem jakiś spacer z Tuptusiem, kąpiel, butelka, czytanka i… spać. Godzinka, dwie dla siebie i także się kładziemy. Kilka godzin przerywanego snu (Nikoś nadal wstaje po 3, 4 razy na picie) i od nowa. Sprzątanie, zakupy, rozmowa z koleżanką – wszystko w biegu. A najdziwniejsze jest to, że choć bałam się takiego trybu życia, bałam się rozłąki z Nikosiem, bałam się tego braku czasu dla niego – dobrze się z tym wszystkim czuję. Z tym pędem. Nie tak, że mi lepiej bez niego przez kilka godzin, ale zaczynam myśleć, że nie należę do matek, które pragną całe życie poświęcić dla dziecka. Właśnie przeczytałam to zdanie. Brzmi źle i stawia mnie w nie najlepszym świetle. Co zrobić. Taka prawda.

Długo czekałam na Tuptusia. Ciąża była słodko – gorzka, częściej sceptyczna niż pełna nadziei i optymizmu. Nadal cierpię po Okruszku. Momentami bardzo. Bardzo. Jednak to wszystko nie spowodowało i nie powoduje, że pragnę całkowicie oddać się macierzyństwu. Chcę się widywać z innymi ludźmi i rozwijać wciąż swoją osobę. Mieć chwilę czasu dla męża. Nie wyobrażam sobie życia bez dziecka, bez Nikodema, który jest moim Cudem, moim uzupełnieniem samej siebie i mojego małżeństwa. Jest moją siłą, pcha mnie do działania. Dzięki niemu w pracy pozmieniały mi się priorytety i podchodzę do wielu spraw znacznie spokojniej. Nie żyję dla pracy, tylko pracuję by żyć… dla synka i męża.

PS. Zniknęło ze starszych wpisów sporo zdjęć małego. Czytałam ostatnio, że fotografia raz wrzucona do sieci pozostaje w niej na zawsze. To co nam wydaje się być niewinnym zdjęciem dziecka, nawet ubranego od stóp do głów, dla pedofilii może być inspiracją i zachętą to okropnych czynów. Dlatego zamierzam ograniczyć do minimum publikację wizerunku synka. Mamy na pewno zrozumieją ;)

Pozdrawiam ciepło,
Mama, która wróciła do pracy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *