Nie(zwykły) dzień.

25 czerwca. Stało się. Mój syn skończył roczek.

Pamiętam wszystkie obawy, wszystkie poranki, gdy w brzuchu był leniwy, a ja ze łzami w oczach do męża dzwoniłam, że „Boże, chyba coś nie tak!”. Pamiętam każde wysokie ciśnienie przed wizytami u lekarza prowadzącego. Pamiętam wszystkie modlitwy nad grobem Kacperka o wstawinnictwo u Bozi za braciszka. Żeby był. Żeby się pojawił wśród żywych. Żebyśmy mogli go utulić – mocno. Najmocniej, jak się da. I jest. Urodził się rok temu, o 07:21, cały czerwoniutki, z krwiaczkiem na czółku, maleńkim szerokim noskiem… Taki nasz, taki… potrzebujący nas. Mamy i taty. Żeby go tulili i rozpieszczali.

Dziś prawie biega. Żywe sreberko. Złośnik nasz maleńki, dający popalić i zmierzluch niesamowity przed każdą drzemką. Ach jaki on jest zły i krzyczący jak jest… śpiący. Ale nie szkodzi. Nie szkodzi! Krzyczę wszystkim, że mam to w nosie. Denerwuję się czasem, ale potem mam to w nosie. Bo czym są takie wyskoczki w porównaniu, z jego porannymi buziakami, gdy spaceruje mi przy oparciu rogówki. Do końca i z powrotem do mnie. I przy każdym powrocie buzia w rybkę – buzi mamo! Albo jego przytulaski po każdych samodzielnych kroczkach gdy wpada w moje ramiona roześmiany z ognikami w swoich dużych, niebieskich oczach!

Post z ochami i achami, ale wiecie co? Nie oddałabym ani sekundy spędzonej z Tuptusiem. Tak sobie myślę, że jeżeli to wszystko co przeszliśmy miało być po to by dziś tulić Nikosia… To niech tak będzie. Przeżyliśmy 12 cudownych miesięcy w ciągu których Nikoś narodził się, nauczył patrzeć, głużyć, gaworzyć, siadać, jeść stałe posiłki, stawać i prawie chodzić. I nie wiem czy powinnam tutaj o tym wspominać, ale mamy za sobą już pierwsze „dwójeczki” w nocniku – i jestem z niego dumna. I to bardzo. I nigdy nie sądziłam, że można być tak dumnym no… z tego. A co mi tam. Z robienia kupy do nocniczka. Aż mi się chce śmiać.

Nikodem skończył 12 miesiąc też zniezłym bagażem słów i gestów. Mama, tata (to zdecydowanie króluje), baba, dziadzia, -pek (co oznacza Ciapek – pies moich rodziców) i – Batek, albo – tek (Bartek – mój brat). Zdecydowanie mówi też „daj to”. Przezabawnie.

Poza tym naśladuje odgłosy pieska, kotka, krówki i owieczki. Z każdy razem mam łzy w oczach ze śmiechu jak wydaje te dżwięki.

Robi też „kosi kosi”, i podnosi rączki w górę na pytanie „jaki jesteś duży”. Gdy pytam gdzie robimy kupkę szuka nocnika na ziemi, wskazuje go paluszkiem. Wie gdzie jest autko na jego ścianie, światełko i nasza papużka. Gdy jedzie pociąg, który widzimy z okna w kuchni… Mnóstwo szczegółów, dla niektórych nieistotnych. Dla mnie są wszystkim. Każdy kolejny jest dla mnie wspaniały i niesamowity. Rozwijający się dziecięcy mózg. Rozwijający się Nikoś. Tuptuś. Nasz syn. Jestem z niego dumna. I każdego wieczoru dziękuję Niebu za niego. Nawet gdy daje w kość. Dziękuję. Oby następne lata były równie wspaniałe.

 

1czerwiec

13czerwiec

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *