Wstaję rano, zakładam okulary i…

wyobrażam sobie, że to tylko przez pyłki na szkłach świat jest taki szary. Potrafię leżeć tak nawet 2 godziny i marzyć, że tylko śnię. Że zaraz się obudzę i za oknem będzie śnieg. Spojrzę w kalendarz, a tam 27 marca… urodziny męża. Uśmiechnę się, pogładzę po sporym brzuszku, otulę dłonią Okruszka. Na 19 pojadę do ginekologa, a on powie mi: – gratulacje, to syn! Jest cały i zdrowy.

Bzdura! Niestety to nie pyłki… Świat jest szary. Jest 10 października, muszę wstać, ogarnąć mieszkanie, pójść na zakupy, zrobić obiad, powitać mamę z 14miesięcznym synem kuzyna… ona oczywiście uśmiecha się do niego, zachwyca się nim, same ochy i achy! Stoję obok ze ściśniętym sercem i udaję, że wszystko jest ok. Bo co mam zrobić? Minęło już pół roku… Pół roku, dla mnie jakby tydzień.

Oto szary świat. Prawdziwy. Nie da się go… cofnąć. Wiem o tym, dlatego choć boli mnie często wszystko i chcę wsiąść w pierwszy samolot do Grecji i zwiać… no cóż. Po prostu wstaję i wykonuję te wszystkie rzeczy. Codzienne. Żyję. Tylko na wszystko patrzę… inaczej.

Nie mam już siły mówić rodzinie – licznej rodzinie – że nie mam już siły. Że czasem nie chcę wstać. Bo to nie ma sensu. Bo przecież wg. nich „urodzę jeszcze ślicznego bobasa”.
Oni nie rozumieją, a ja nie mam siły… Oni chcą jak najlepiej. I w jakiś pokręcony sposób dzięki temu, odrobinkę dzięki temu nadal funkcjonuję. Bo muszę. Choć nie chcę. Tak bardzo bardzo nie chcę…

One thought on “Wstaję rano, zakładam okulary i…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *